Pitti Uomo 109 we Florencji to dla mnie zawsze ten sam schemat w najlepszym znaczeniu tego słowa. Z jednej strony największe na świecie targi klasycznej mody męskiej, gdzie spotykają się marki, krawcy, pasjonaci i wszyscy ci, którzy potrafią godzinę rozmawiać o szerokości klap, bez cienia zażenowania. Z drugiej strony ulica. I właśnie ta „ulica” na Pitti jest fenomenem samym w sobie.
Bo warto to doprecyzować. Pitti nie jest miejscem, gdzie street style oznacza bluzy z kapturem i sneakersy. Tutaj street wear to klasyka w ruchu. Marynarki, loafersy, garnitury, dwurzędówki, krawaty, apaszki, kapelusze. Ludzie wyglądają, jakby przypadkiem wyszli z jakiegoś włoskiego filmu, tylko że to nie plan zdjęciowy, a realne życie. I to jest najpiękniejsze. Idziesz na targi, a w praktyce oglądasz żywą wystawę stylu, na której każdy jest jednocześnie uczestnikiem i inspiracją.



Trzeci dzień był u mnie dniem „najprostszych decyzji”, bo na Pitti czasem nie ma warunków na budowanie stylizacji w nieskończoność. Po pierwszych dniach dochodzi zmęczenie, tempo robi swoje, a człowiek chce wyglądać dobrze i czuć się komfortowo. I wtedy najlepsza opcja to klasyka, proste kolory i mocny materiał.
Tego dnia miałem na sobie jednorzędowy garnitur od Herse, szyty MTM. Tkanina to tweed herringbone w bardzo ciepłym, jasnobrązowym odcieniu, który wpada niemal w żółć. Ten kolor w słońcu Florencji wygląda genialnie, bo nie jest „kolejnym brązem”, tylko naprawdę ma w sobie energię. Jest też dość gruby, mięsisty, taki z charakterem. Garnitur ma szerokie klapy, jest luźniejszy, bez mocnej konstrukcji, z ciętymi kieszeniami. Wszystko w nim jest dokładnie w tym klimacie, który lubię najbardziej: ma wyglądać elegancko, ale nie teatralnie. Ma być trochę jak uniform, tylko mój.




Pierwotnie plan był jeszcze lepszy, bo chciałem dorobić kamizelkę, żeby całość była pełnym zestawem trzyczęściowym. Niestety, zabrakło tkaniny. I szczerze, to też jest część historii Pitti. Najczęściej wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale czasem nie jest. I właśnie dlatego to jest prawdziwe.
Do garnituru dobrałem szerokie spodnie w stylu Hollywood Trousers, które od razu dodają sylwetce tej pożądanej, „filmowej” proporcji. Szeroko i wysoko, czyli dokładnie tak, jak powinno być. Tutaj pojawił się też mój ulubiony twist: westernowy akcent. Pasek od Sartolane i czarne kowbojki od Myrqvist robią robotę, bo łamią powagę tweedu i wprowadzają ten lekki uśmiech w stylizacji. To nadal jest klasyka, ale z charakterem. Ja zawsze mówię, że klasyczna moda męska nie musi być grzeczna.
Na górę poszedł czarny kaszmirowy golf. Zero kombinowania. Nie miałem tego dnia potrzeby budować historii z koszulą, krawatem czy apaszką. Chciałem, żeby garnitur i faktura materiału zrobiły całą pracę, a czarny golf miał być tylko tłem. I był. Czysta, prosta linia, która podbija klapy, a całość wygląda spójnie i mocno.


Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie dodał jeszcze jednego elementu, który na Pitti praktycznie zawsze jest częścią mojego outfitu. Aparat. Fuji XT-5 wygląda tak klasycznie, że pasuje do tweedu równie dobrze jak biała poszetka. Tego dnia zrobiłem kilka zdjęć, bo Florencja i Pitti mają tę cechę, że nawet szybkie ujęcie między wejściem na targi a kawą wygląda jak kadr z reklamy.
A wisienka na torcie była jak zawsze. Poprawki. Tak, poprawki tego samego dnia. Bo gdybyśmy byli przygotowani perfekcyjnie, to by nie było Pitti.
Fotografie: Suitographer
Garnitur: Herse jednorzędowy MTM
Pasek: Sartolane
Buty: Myrqvist czarne kowbojki
Golf: czarny kaszmir
Aparat: Fujifilm X T5
Zegarek: Serica





























