Luksus nie musi krzyczeć. Mercedes-AMG SL 63 i rzeczy, które zostają na dłużej

Są samochody, ubrania i przedmioty, które próbują zrobić wrażenie od pierwszej sekundy. Są też takie, których jakość odkrywa się trochę później, po kilku godzinach za kierownicą, całym dniu w butach albo po latach noszenia tej samej torby. Mercedes-AMG SL 63 zdecydowanie potrafi krzyczeć, kiedy się go o to poprosi. Ale podczas tego dnia bardziej interesowała mnie jego druga twarz. I rzeczy, które zabrałem ze sobą.

Mercedes-AMG SL 63 nie jest samochodem subtelnym. Nawet stojąc, wygląda tak, jakby miał coś do udowodnienia. Długa maska, niska sylwetka, szeroki tył i proporcje klasycznego gran turismo sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie.

A potem uruchamia się V8.

W czasach, kiedy coraz więcej samochodów staje się cichych, poprawnych i trochę anonimowych, ten nadal ma charakter. Brzmi fantastycznie, jest absurdalnie szybki i potrafi w kilka sekund przypomnieć, że pod prawą stopą jest zdecydowanie więcej mocy, niż potrzeba do normalnego przemieszczania się po szwedzkich drogach.

Tyle że po kilku godzinach najbardziej spodobało mi się w nim coś innego.

To, że nie trzeba cały czas jechać szybko.

Można opuścić dach, zwolnić, zjechać z głównej drogi i po prostu cieszyć się samochodem. I chyba właśnie wtedy zacząłem myśleć o tym, że w ubraniach szukam dziś dokładnie tego samego.

Nie rzeczy, które bez przerwy próbują zwracać na siebie uwagę. Raczej takich, które są dobrze zaprojektowane, dobrze wykonane i z czasem stają się jeszcze bardziej „moje”.

 

 

Biel, błękit i prostota

Bazą tego zestawu były białe lniane spodnie garniturowe Suitsupply. Marynarka od garnituru została tym razem z tyłu, dosłownie i w przenośni.

Lubię wykorzystywać elementy garnituru osobno, szczególnie latem. Białe lniane spodnie mają formalną konstrukcję, ale sam materiał odbiera im sztywność. Len się gniecie, pracuje podczas noszenia i właśnie dzięki temu wygląda naturalnie.

Nie próbowałbym utrzymywać takich spodni przez cały dzień w stanie jak prosto spod żelazka. To walka z góry przegrana. I chyba zupełnie niepotrzebna.

Do nich założyłem biało-niebieską koszulę w bengalskie paski, uszytą z bawełny Albini. To jeden z tych wzorów, które trudno nazwać oryginalnymi i właśnie dlatego są tak dobre. Bengal stripe funkcjonuje w męskiej garderobie od dekad i nie potrzebuje kolejnego sezonu, żeby ponownie stać się modny.

Dobra bawełna robi tu większą różnicę niż wymyślny detal. Materiał jest przyjemny w dotyku, dobrze układa się na ciele i sprawia, że bardzo prosty zestaw wygląda po prostu lepiej.

Okulary, których nie spotyka się na każdym rogu

Na zdjęciach mam też okulary Antica Occhialeria z Florencji.

To zupełnie inny świat niż produkowane w ogromnych ilościach oprawki, które zmieniają się razem z kolejnymi trendami. Antica Occhialeria sięga do klasycznych, czasami wręcz antycznych wzorów i produkuje swoje modele w niewielkich seriach.

I to w nich lubię najbardziej.

Nie wyglądają jak okulary zaprojektowane po to, żeby przez jeden sezon pojawiać się na wszystkich zdjęciach na Instagramie. Mają charakter starego przedmiotu znalezionego gdzieś we Florencji, mimo że są współczesne.

Przy bardzo prostym stroju właśnie taki jeden element potrafi zrobić więcej niż pięć efektownych dodatków naraz.

 

 

Enzo Bonafè i buty, które pasują jak rękawiczka

Na nogach Enzo Bonafè z koziej skóry.

W przypadku butów można długo rozmawiać o konstrukcji, ręcznym wykańczaniu, skórach czy historii producenta. Ostatecznie jednak istnieje jedno bardzo praktyczne kryterium. Czy po kilku godzinach nadal chcesz mieć je na nogach?

Te chcę.

Kozia skóra jest wyjątkowo miękka i elastyczna, dzięki czemu but bardzo szybko dopasowuje się do stopy. Moja para Enzo Bonafè pasuje niemal jak rękawiczka. To jeden z tych przypadków, kiedy elegancki but nie oznacza konieczności zaakceptowania dyskomfortu w imię dobrego wyglądu.

Do lnianych spodni taki charakter pasuje szczególnie dobrze. Nadal jest elegancko, ale bez wrażenia, że właśnie wyszedłem z biura.

Dwie torby, dwa różne zadania

Podczas tego wyjazdu miałem ze sobą dwie torby Sartolane i każda pełniła zupełnie inną funkcję.

Pierwsza to czarna skórzana torba weekendowa.

Lubię torby podróżne, które nie wyglądają jak sprzęt sportowy ani jak walizka biznesowa. Weekendowa torba powinna być wystarczająco pojemna na dwie czy trzy noce, ale jednocześnie na tyle prosta, żeby po postawieniu obok dobrego samochodu czy wejściu z nią do hotelu nie wyglądała jak przypadkowy bagaż.

Ta jest właśnie taka.

Czarna skóra, prosta forma i minimum zbędnych elementów sprawiają, że trudno przypisać ją do konkretnego sezonu. To dla mnie istotne, bo dobra skórzana torba jest dokładnym przeciwieństwem rzeczy kupowanej na chwilę. Powinna wyglądać dobrze teraz, ale również za pięć czy dziesięć lat. Najlepiej z widocznymi śladami tego, że rzeczywiście była używana.

Sartolane jest polską marką działającą od 2013 roku i od początku podobało mi się w niej podejście do relacji ceny z jakością. Marka sprzedaje bezpośrednio, bez rozbudowanej sieci pośredników i sklepów, co przy produktach wykonanych z dobrych skór ma realne znaczenie dla końcowej ceny.

Nie chodzi więc o luksus rozumiany jako możliwie największe logo. Bardziej o jakość materiału, wykonanie i rzecz, którą można naprawić i używać dalej, zamiast po kilku sezonach ją wyrzucić.

Druga torba jest zupełnie inna.

Brązowa, miękka zamszowa tote bag Sartolane, którą na zdjęciach można zobaczyć na fotelu SL-a, jest torbą codzienną.

I chyba właśnie takie torby noszę najchętniej.

Portfel, okulary, ładowarka, klucze, aparat, czasami laptop albo coś, co kupiłem po drodze. Wszystko trafia do środka bez konieczności wypychania kieszeni spodni i marynarki.

To drobiazg, ale przeładowane kieszenie potrafią zniszczyć proporcje nawet najlepszego ubrania.

Zamsz dodatkowo sprawia, że tote nie wygląda zbyt biznesowo. Jest miękka, trochę bardziej nonszalancka i dobrze współgra z lnem, miękkimi koszulami czy zamszowymi i skórzanymi butami. Brąz z czasem będzie się też zmieniał. I dobrze. Skóra, która po kilku latach wygląda dokładnie tak samo jak w dniu zakupu, nie zawsze jest tym, czego szukam.

 

 

Co właściwie oznacza dzisiaj luksus?

Mercedes-AMG SL 63 jest luksusowym samochodem w najbardziej oczywistym znaczeniu tego słowa. Jest drogi, bardzo szybki, świetnie wykonany i potrafi przyciągnąć uwagę jeszcze zanim odpali się silnik.

Ale paradoksalnie dzień spędzony z nim przypomniał mi o mniej oczywistej definicji luksusu.

Luksusem może być czas.

Możliwość zjechania z głównej drogi bez konkretnego powodu. Zatrzymania samochodu gdzieś w polu. Wypicia kawy bez patrzenia na zegarek. Założenia butów, w których można chodzić cały dzień. Koszuli z materiału, który jest przyjemny dla skóry. Torby, której nie trzeba wymieniać za dwa lata tylko dlatego, że zmieniła się moda.

Nie każda rzecz musi być inwestycją i nie wszystko, co kupujemy, musi przetrwać następne pokolenie. Sam lubię rzeczy zupełnie niepraktyczne.

SL 63 jest tego całkiem dobrym przykładem.

Ale im jestem starszy, tym bardziej doceniam przedmioty, w których ktoś podjął kilka dobrych decyzji zamiast kilkunastu efektownych.

Dobra skóra. Dobry materiał. Właściwe proporcje. Wygodny krój. Forma, która nie potrzebuje sezonowego logo, żeby pozostać interesująca.

Styl nie powinien wyglądać na skończony

Patrząc później na zdjęcia z tego dnia, najbardziej podobało mi się to, że nic nie wyglądało idealnie.

Len był pognieciony. Zamszowa torba leżała rzucona na fotelu. Weekendowa stała przy samochodzie. Koszula nie wyglądała jak świeżo wyjęta z pudełka. Buty miały już własne załamania.

I dokładnie tak powinno być.

Ubrania i przedmioty są po to, żeby ich używać.

Mercedes za kilka dni wrócił do właściciela. Niestety. Okulary, koszula, buty i torby zostały ze mną.

I może właśnie dlatego ostatecznie to one opowiadają tę historię lepiej niż 585 koni mechanicznych.

Polecam / współpracuję:

top-facebook top-instagram top-youtube top-pinterest top-search top-menu go-to-top-arrow search-close podcast-soundcloud podcast-spotify podcast-itunes podcast-stitcher